Rozmowa z redaktorką Agnieszką Rachwał-Chybowską | PR Education

Rozmowa z redaktorką Agnieszką Rachwał-Chybowską

a także korektorką i copywriterką, właścicielką Tkalni Słów.

Głównym zadaniem pisarza jest skupienie się nad treścią, brzmieniem, pomysłem, a nie nad tym, jak się pisze słowo „gżegżółka”…

 

obrazek

W powstaniu świetnie dopracowanej książki uczestniczy szereg osób, między innymi redaktorzy i korektorzy. Nadają książce literacki sznyt, płynność, pozbawiają tekst niezliczonych rodzajów błędów. Jak wygląda codzienna praca redaktora i jaka jest kondycja językowa Polaków opowiada właścicielka Tkalni Słów, redaktorka i korektorka, Agnieszka Rachwał-Chybowska.

Pracuje Pani w słowie, prowadząc Tkalnię Słów. Skąd pomysł na nazwę firmy?

Łacińskie słowo textus, oznaczające w średniowiecznej łacinie właśnie tekst czy werset, często bywa łączone ze słowem texere, które oznacza tkać, pleść, splatać. Jest w tym połączeniu wiele prawdy, bo prawdziwe pisanie nie polega na przelewaniu na papier tego, co ma się na myśli, ale na nadawaniu swoim myślom sensu, brzmienia, kontekstów, nowych znaczeń.

Właśnie w tym pomaga Pani pisarzom, dokonując redakcji i korekty ich książek. Dla niewtajemniczonych – czym różnią się oba rodzaje prac nad książką?

W dużym skrócie i z przymrużeniem oka: redakcja to poprawianie tekstu autora tak, by nadawał się do czytania, a korekta to poprawianie poprawionego przez redaktora tekstu, by nadawał się do druku. Ja zajmuję się zarówno redakcją językową, jak i korektą. Jako redaktor pokazuję autorowi, że to można wyrzucić, tamto przestawić, to napisać inaczej, lepiej. Dbam o to, by tekst był spójną, logiczną całością. A jako korektor sprawdzam tekst pod kątem interpunkcyjnym, ortograficznym, fleksyjnym, składniowym itp.

Da się obie dziedziny tak prosto rozdzielić?

Zdarza się, że korektorzy dokonują poprawek redakcyjnych, a redaktorzy wykonują prace korektorskie. Gdy redaktor widzi ewidentny błąd ortograficzny czy literówkę, to przecież jej nie zostawi. Podobnie korektor – gdy widzi, że coś można by jeszcze lepiej ująć lub zamienić miejscami, też to zaznaczy. Główną różnicą między redakcją a korektą jest jednak to, że jeden tekst po redakcji dwóch redaktorów będzie brzmiał inaczej, bo każdy z nich ma odrębny styl i na coś innego zwraca uwagę. Natomiast po korekcie powinien być on pozbawiony błędów i brzmieć co najmniej podobnie.

Jakie są Pani wnioski po codziennej pracy nad tekstami – Polacy znają język polski?

Trudno jest mi to ocenić. Ludzie posługują się językiem intuicyjnie, korzystają z zasobów, które poznali, gdy uczyli się mówić i kształtują go poprzez to, co słyszą w mediach, na ulicy, w grupie. Nawet osoba, która wydawać by się mogło świetnie zna język polski, przebywając dłuższy czas w grupie, gdzie jego poziom jest „niższy”, podświadomie, poprzez zwyczajne osłuchanie się z takim językiem, zacznie mówić nieco „gorzej”. A nagminne błędy, w stylu „wziąść”, „włanczać” czy „orginalny”, wynikają przede wszystkim z braku refleksji nad poprawnością swojego języka, bo po co męczyć się, skoro i tak wszyscy rozumieją, o co nam chodzi.

A pisarze, którzy przecież zawodowo „robią w słowie” – jaki jest ich poziom znajomości języka polskiego?

Pracując w wydawnictwie dostawałam w miesiącu setki stron maszynopisów przysyłanych przez ludzi, których marzeniem jest wydać książkę. Przyznam się, że nie ma tu reguły. Spotkałam się z propozycjami wydawniczymi doskonałymi językowo, bez błędów, które jednocześnie były nudne i nie nadawały się do wydania, ale też takie, których nie dało się czytać z powodu ilości błędów, choć miały w sobie coś. Mimo wszystko autorzy starają się dbać o język w swoich tekstach, ale i tak wymagają one zawsze krytycznego spojrzenia najpierw redaktora, a potem wyczyszczenia przez korektę.

Jakie błędy najczęściej się powtarzają?

Zbyt długie zdania, błędy interpunkcyjne, zawiłe sformułowania… Nie da się tak wprost wyliczyć najczęstszych błędów. Każdy tekst jest inny, a wraz z nim inne problemy językowe się pojawiają. Czasem jest to miłość autora do imiesłowów, czasem do równoważników zdań, często „skakanie” po czasie, czyli zaczynanie tekstu w czasie przeszłym, by w tym samym akapicie wsiąść do wehikułu czasu i magicznie znaleźć się w teraźniejszości lub przyszłości. Skupianie się tylko na dialogach, albo przeciwnie – ciągnięcie narracji bez końca. A to się udaje akurat tylko tym największym… Każdy tekst to odrębna „przygoda” z językiem.

Jakie ma pani rady dla osób, które chciałyby poprawić swój warsztat pisarski pod względem językowym?

Pisać, pisać i jeszcze raz pisać. A potem czytać swój tekst i próbować napisać go inaczej. Znaleźć krąg ludzi, niekoniecznie przyjaciół, ale znajomych, którzy przeczytają go z innego punktu widzenia i pokażą, co im się nie podoba i co można by poprawić. Nie zaszkodzi zaopatrzyć się w jakiś dobry słownik języka polskiego. Najważniejsze jest jednak pisać i nie osiadać na laurach i zawsze zachować sporą dozę krytycyzmu względem własnego pisarstwa. W ten sposób zawsze jest szansa na rozwój. To może truizm, ale jest prawdziwy – talent nie wystarczy, najważniejsza jest ilość pracy włożonej w jego rozwijanie.

Czy to oznacza, że pisarz powinien być mistrzem słowa? A co, jeśli jest trochę na bakier z zasadami języka?

Można doskonale znać zasady języka polskiego, znać interpunkcję, gramatykę, składnię itd. i być pod tym względem mistrzem. Można też wcale nie znać tych zasad. Jednak głównym zadaniem pisarza, moim zdaniem, jest skupienie się raczej nad treścią, brzmieniem, pomysłem, a nie nad tym, jak się pisze słowo „gżegżółka” i czy przed „i” można postawić przecinek. Może być wręcz dyslektykiem, nie znać zasad ortografii, byleby tylko miał tę iskrę sprawiającą, że człowiek zanurza się w opowiadaną historię, cieszy się pomysłem, pięknem języka, w którym nie chodzi o poprawność, lecz o sposób łączenia słów: nietypowy, niepokojący, piękny, albo po prostu zabawny i zaskakujący. Oczywiście pisarz musi znać język, by tworzyć z niego opowieści, ale znajomość zasad nie jest warunkiem sine qua non.

Od tego ma redaktora?

Tak, ale to nie znaczy, może osiąść na laurach i stwierdzić, że od teraz nie będzie przejmował się zasadami. Ich znajomość, zwłaszcza dogłębna, pozwala pisać jeszcze lepiej, otwiera nowe kierunki poszukiwań i daje narzędzia, dzięki którym ma on szansę upleść z tego języka coś naprawdę wartościowego.

Jak bardzo różni się tekst, który trafia do ręki czytelnika od jego pierwotnej wersji?

Wszystko zależy od jakości tekstu pierwotnego, odautorskiego, ale nigdy jeszcze nie spotkałam się z takim, w którym nie było nic do poprawienia. Bywa tak, że do poprawy są drobne błędy, jak literówki, interpunkcja, akapity czy poprawienie brzmienia niektórych zdań, ale są i takie, w których trzeba część tekstu wyrzucić albo go wręcz napisać od nowa. Ostateczna wersja, czyli po składzie, powinna być także sczytywana i powiem Pani szczerze, że ten etap bywa najbardziej frustrujący. Tekst w programie takim jak Word czy Open Office wygląda zupełnie inaczej niż tekst obrobiony np. w programie InDesign. Bardzo często znajduje się jeszcze jakieś irytujące drobiazgi, jak choćby… podwójna spacja, którą owszem, widać w Wordzie po włączeniu odpowiedniej opcji, ale dopiero w wersji po składzie najbardziej rzuca się w oczy. To moment, w którym widzi tekst z innej perspektywy i najchętniej zmieniłby coś jeszcze i jeszcze. Tak można w nieskończoność. Ideałem byłoby kilka korekt po redakcji, ale wydawnictwa albo nie mają czasu, albo zwyczajnie – pieniędzy, bo przecież każde kolejne sczytanie to dodatkowy koszt, jeśli się zleca pracę na zewnątrz.

Praca w słowie to również promowanie książki za pomocą tekstów promocyjnych i reklamowych. Ponieważ pracuje też pani jako copywriterka, proszę powiedzieć, w czym tkwi tajemnica dobrego sloganu reklamowego?

Na to się składa szereg czynników, jak właściwe określenie grupy społecznej, do której jest kierowana książka, a co za tym idzie kolejnych determinant w postaci poziomu ekonomicznego, wieku, potrzeb, zainteresowań. Slogan reklamowy musi być krótki, łatwy do zapamiętania, przykuwający uwagę, ale to wszystko można sobie poczytać w jakimkolwiek podręczniku do marketingu. Prawda jest taka, że jedne hasła reklamowe przyjmują się, a inne nie i już. I często nie zależy to od poziomu profesjonalizmu twórców. Profesor Jerzy Bralczyk w przedmowie do jednej książki z przykładami sloganów reklamowych napisał, że przyczyny kariery niektórych sloganów bywają tajemnicze i że zazwyczaj o popularności danego sloganu decyduje „coś nieuchwytnego”.

Jak w takim razie napisać dobry slogan reklamujący książkę?

W przypadku książki trzeba by było wziąć pod uwagę samą treść książki, jej najważniejszy wątek i sprawić by w krótkim haśle zabrzmiał on intrygująco. Takie hasło powinno być niedopowiedzeniem, wciągać w treść. Czytelnik musi pozostać bez odpowiedzi, którą znaleźć może tylko w książce. To są jednak tylko dywagacje. Za każdym razem, zarówno z książką, jak i innym produktem, jest inaczej. Prawda jest taka, że nie ma przepisu na dobry slogan reklamowy, albo się przyjmie, albo nie. Można się posiłkować teoriami, ale podstawą jest własna kreatywność, a idealnie – kreatywność całego zespołu, no i to „nieuchwytne” coś.

Agnieszka Rachwał-Chybowska – redaktorka i korektorka, copywriterka, tłumaczka, właścicielka firmy Tkalnia Słów. Współpracowała w wydaniu wywiadu rzeki z najsłynniejszymi alpinistami na świecie (przygotowała wywiady z Januszem Kurczabem i Piotrem Korczakiem), a także książki o Januszu Klarnerze i jego wyprawie na Nanda Devi. Absolwentka filozofii i pedagogiki, a także kulturoznawstwa na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach o specjalności: kultura literacka. Właścicielka psa rasy glen of Imaal terrier i mama trzyletniej Martynki.